Turystyczna antypromocja Poznania

Oto mój artykuł na MMPoznan.pl. W wersji oryginalnej znajdują się jeszcze zdjęcia z opisanych targów.
Zdjęcia: Jak to się Poznań na turystycznych targach prezentuje

Turystyczna antypromocja Poznania

Autor: Mateusz Klimek

Targi TT Warsaw, to obok poznańskiego Tour Salonu, to największe targi tej branży w Polsce. To tam powiat poznański starał się zrobić wszystko, by turyści nas… nie odwiedzali.

Stoiska na TT Warsaw prezentowały różny poziom. Były całe włoskie działy, warszawski obszar z Chopinem i koncertami fortepianowymi na czele, były czeskie koncerty skrzypcowe i toruńskie pierniki. Był słowacki miś, który zachęcał wszystkich do odwiedzenia stoiska naszych sąsiadów z południa. Nie zabrakło też Poznania.
promocji Poznania i okolic podjęło się poznańskie starostwo powiatowe.

Niestety – jakość promocji pozostawiała wiele do życzenia. Przez pierwsze dwa dni totalnie nieuśmiechnięte panie stały bezczynnie, zdawkowo odpowiadając na stawiane przez turystów pytania (co do ich wiedzy, też można mieć spore wątpliwości). Żadnych rogali, zero koziołków i tak naprawdę – zero zachęty. Jedynie suche ulotki.

Co jednak zdziwiło najbardziej? Trzeciego dnia targów, kiedy te były otwarte dla zwiedzających, a przez halę targową przewijała się spora ilość osób, na stoisku powiatu poznańskiego nie było nikogo! Czyżby panie ze starostwa postanowiły zakończyć pracę wcześniej?

Stoisko pozostawione samo sobie, stało się zabałaganioną półką, wykorzystywaną przez innych do pozostawiania swoich reklam. Można tam było znaleźć np. mapę tyrolskiego miasta Kronplatz.

Czy tak powinno być? Czy naprawdę to wszystko, na co stać Poznań i okolice?
Poznań przygotowuje się do Euro 2012, walczy o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, ale czy robi to dobrze? Gdzie podziali się specjaliści od promocji?

Dlaczego promocją miasta i regionu nie zajmują się ludzie, którym leży to na sercu? Od czego jest poznańskie Centrum Informacji Turystycznej czy poznańskie organizacje turystyczne?

Dlaczego nie ma na takich targach atrakcyjnych ofert, których tak wiele posiada Poznań? Gdzie promocja Gier Miejskich, “Poznania za pół ceny”, imprez kulturalnych, których u nas tak wiele? Czy zależy nam na turystyce?

Za miesiąc Tour Salon – co tym razem zaprezentuje nasze miasto?

Do sprawy nieudanej promocji starostwa wrócimy w poniedziałek.


autor materiału jest pilotem wycieczek specjalizującym się w turystyce europejskiej; jest wykładowcą na kursach pilotów wycieczek ready4travel (www.kursypilotow.pl), gdzie wykłada m.in. geografię turystyczną Polski

Źródło:

http://www.mmpoznan.pl/7325/2009/9/26/turystyczna-antypromocja-poznania?category=pics

Pilot a kasa

Ostatnio na niemal wszystkich forach internetowych, które poruszają tematykę pilocką, czytamy “Zarobki”, “Ile za objazdówkę?”, “Dzienna stawka pilota”…

Zgadzam się, że w czasach wyimaginowanego kryzysu finansowego (błagam -nie dywagujmy nad tym tematem) trzeba sobie to pytanie zadawać. Jednak postawmy sobie pytanie: czy to jest temat wart dyskusji? Czy może są tematy ważniejsze, o których się zapomina?

No dobrze. Zacznijmy więc od zarobków, bo to temat modny.

Mówi się powszechnie, że pilot nie powinien jeździć za mniej niż 250zł/dzień. Zgadzam się w zupełności! Ale to jest totalnie nierealne.

Pilotów można podzielić na kilka kategorii:

  1. “Pilot student” -czyli osoba, która ukończyła kurs pilota z myślą “pojeżdżę po świecie i jeszcze sobie dorobię”, czyli jako o pracy dorywczej -totalnie nie z myślą o rozwoju w tym kierunku. Dla takiej osoby czasem nawet 50zł/dzień jest wystarczające, bo i za darmo by pojechał, byle by coś zobaczyć i nie musieć za to płacić (pomijając już, niestety wciąż częste, praktyki biur podróży, w których zatrudnia się studentów -”nie-pilotów”, czyli osoby bez uprawnień).
  2. “Pilot początkujący” -osoba, która zdobyła uprawnienia “dopiero co”. Chce nabyć doświadczeń i zrobi to za wszelką cenę.  A nawet za żadną. Więc cena 100zł/dzień +ciekawy wpis do CV jak najbardziej go usatysfakcjonuje.
  3. “Pilot początkujący ambitny” -osoba jw. różniąca się jednak podejściem do sprawy. “Jeśli się cenisz i potrafisz to udowodnić -nie nazywaj się początkującym i nie bój się skakać na głęboką wodę”.  Tacy piloci, mimo małego doświadczenia, nie boją podejmować się trudnych wyzwań, ponieważ wiedzą, że “kto nie ryzykuje, ten nie ma”. Mimo trudnych zadań -zapewniają (i sami są pewni), że sobie poradzą, a efektem ich ciężkich przygotowań i pracy jest udany wyjazd i satysfakcja klientów. Taki pilot weźmie więcej, ale rzadko powyżej 250zł.
  4. “Pilot ze stażem” -ale bez wysokich stawek -przypadek najczęstszy. Piloci, którzy jeżdżą w przeróżne miejsca, z przeróżnym bagażem wiedzy i doświadczeń. Ale biorą stawki rzędu 150-250zł/dzień. I wcale nie są gorsi od grupy 5.
  5. “Pilot wyjadacz” -oprócz dużego doświadczenia wyjada też dużo pieniędzy. Często ma na sobie bagaż doświadczeń, dużej wiedzy. Ale stawki rzędu 350-500zł/dzień odstraszają niektóre biura. Faktem jednak jest, że dzięki temu są godziwie nagradzani za bardzo trudną pracę.

Ad rem. Stawka pilocka zależy od zasad ściśle wolnorynkowych.

“Jesteś dobrym pilotem? Masz doświadczenie? Znasz języki? Potrzebuję kogoś tak dobrego jak Ty, więc zapłacę Ci Twoją stawkę.”

“Mam wahadło, nie mam wysokich wymagań, ale też niższą stawkę.”
Nie miejmy za złe pilotom studentom, że biorą niskie stawki -dla nich to tylko przygoda.

Nie miejmy za złe innym, że zaniżają stawki -walczą o rynek.

Jeśli jesteś już na nim stabilny, możesz stawki zawyżać. Jeśli wciąż się pniesz, dla wielu biur aspekt finansowy jest tym najważniejszym. Pytanie o stawki zostawmy więc wolnemu rynkowi.

Wydaje mi się, że są pytania, które powinniśmy zadać najpierw: “jak polepszać warsztat pilota”, “co robić, aby klienci byli bardziej zadowoleni”, “jakie techniki stosować, aby przekazywać wiedzę skuteczniej”. To poprawi pilocki warsztat, a co za tym idzie -jakość usług. A wyższej jakości ma prawo odpowiadać wyższa cena.

Co jest ważne w pracy z ludźmi?

Każda praca z ludźmi, niezależnie czy to pilot, przewodnik, specjalista ds. informacji turystycznej, czy sprzedawca w sklepie spożywczym albo kasjer w banku, wymaga pewnych umiejętności.  I domyślam się, że można by o tym pisać opasłe tomy, bowiem psychologia pracy jest niezwykle ważną dziedziną. Jednak opierając się na własnym i, mimo młodego wieku, niemałym doświadczeniu, postaram się przedstawić krótką charakterystykę osoby, dla której praca z ludźmi nie powinna być udręką.

Moje doświadczenie w pracy z ludźmi sięga czasów szkoły podstawowej. Początkowo jako reżyser małych, klasowych przedstawień teatralnych, później w gimnazjum organizator wielu szkolnych imprez (apele, dyskoteki),  szef szkolnego radia “Climat” (nomen omen, istniejącego do dziś), w liceum animator Ruchu Światło  -Życie (prowadziłem tam spotkania z młodymi ludźmi na tematy religijne oraz organizowałem kilkudniowe imprezy związane z Janem Pawłem II) oraz dyrygent oazowej scholi, a także aktor teatru Matysarek, aż po czasy studenckie, gdzie po dziś dzień zawiaduję Stowarzyszeniem “TRAMPy”. I choć wiele z tych funkcji jest podobnych, bez wątpienia każda z nich prezentowała pewne nowinki w pracy z ludźmi. Opierając się więc na moim doświadczeniu, zapraszam na krótką charakterystykę potrzebnych, dla osoby pracującej z ludźmi, cech i umiejętności.

Jak łatwo zauważyć, większość pozycji o których pisałem, to pozycje zarządzające. I rzeczywiście, lubię kierować grupą, koordynować jej działania. Dlatego będę pisał głównie (choć nie tylko) z perspektywy tego, który musi prowadzić grupę do jakiegoś celu, a więc kogoś w rodzaju Project Managera, którym tak naprawdę jest każdy przywódca jakiejś grupy.

No właśnie. Przywódca. Tak naprawdę w każdej grupie zawsze znajduje się przywódca. Jeśli jest to grupa nieformalna, wyłania się on w sposób naturalny z upływem czasu. To osoba dominująca, posiadająca umiejętności przekonania kogoś do własnych racji. Osoba, która ma ostatnie zdanie, choć czasem inni nie zdają sobie z tego sprawy. W grupach sformalizowanych, o których będę pisał, a więc stowarzyszeniach, miejscach pracy, osoba ta jest wyłaniana przez członków owej społeczności, lub osoby na wyższych stanowiskach. Nazwijmy więc tą osobę koordynatorem.  Prowadzi on bowiem grupę do celu i podejmuje ostateczne i najważniejsze decyzje. Co ważne, rozwiązuje także konflikty.

Jaka więc musi być osoba, która chce zostać koordynatorem lub po prostu, która chce pracować z ludźmi (również w sklepach, centrach usługowych itp.)?

Po pierwsze komunikatywna. Proszę sobie wyobrazić sytuację, kiedy przychodzi klient, na przykład, do Centrum Informacji Turystycznej, z zapytaniem: “co mogę zobaczyć na Starym Rynku w Poznaniu?”.  I owszem. Możemy odpowiedzieć: 1. Ratusz, 2. Pałac Działyńskich, 3. Fara, 4. Kościół Franciszkanów, po czym zakończyć naszą odpowiedź. Ale klient nie zostanie usatysfakcjonowany. Musimy w pewien sposób zaproponować mu dyskusję. Definiuję osobę komunikatywną nie tylko jako umiejącą mówić, ale umiejącą rozmawiać, tzn. nie tylko odpowiedzieć na pytanie, ale zaaranżować dyskusję. Np. poprzez pytanie: “Czy widział Pan Ratusz?”, “Jak się Panu podoba Poznań?” itp. Chodzi po prostu o to, aby klient poczuł, że jest dla mnie ważną osobą, a nie kolejną osobą, którą trzeba odbębnić. No właśnie.

Po drugie umiejętność indywidualnego podejścia do drugiej osoby. Sprzedawca w sklepie spożywczym sprzedaje kotleta. OK. Kroi każdego tak samo, bo po co inaczej? Ale klient nie jest kotletem. Każdy człowiek jest inny, ma inne potrzeby, inne podejście do życia. I dlatego do każdej osoby trzeba podejść indywidualnie. Spróbować wyczuć jego potrzebę, zainteresowanie. Czy sprzedając towar, usługę wiesz, czym Twój klient jest zainteresowany? Czy opowiadając komuś o tym, co np. dzieje się w Poznaniu, pytasz go: a jaką muzykę Pan lubi? Rozpocznij rozmowę. Wyczuj gusta klienta. Każdy poczuje się wtedy szczególnie, i poczuje się wartościowy. Poczuje, że nie jest kotletem, czy plasterkiem sera, rzucanym jeden na drugi.

Po trzecie: kultura osobista. Bez tego elementu, praca z ludźmi może być nie lada utrudnieniem. Używanie słów z języka podwórkowego, nie jest dobrym wyjściem. Trzymanie rąk w kieszeni podczas rozmowy też nie (choć savoir -vivre mówi o możliwości trzymania jednej ręki w kieszeni, ale z wyciągniętym na zewnątrz kciukiem). Patrzenie się w sufit, zamiast na klienta, może sprawić, że poczuje się przeszkodą, i że powinien już sobie pójść. Kultura osobista, to po prostu wyraz szacunku dla osoby, którą obsługujemy. Swoją drogą z savoir -vivre warto się zapoznać.

Po czwarte: kontakt z klientem. Obok indywidualnego traktowania klienta, jest to rzecz niezwykle istotna. Utrzymywanie kontaktu z klientem, słuchanie jego pytań, odpowiedzi. Wsłuchiwanie się w jego zdanie, czasem wyrażanie opinii na dany temat (ale z tym trzeba bardzo ostrożnie -w pracy bowiem nie reprezentujesz wyłącznie siebie, ale przede wszystkim swojego pracodawcę). Dzięki temu klient poczuje się dobrze traktowany i chętnie odwiedzi Cię jeszcze raz.

Po piąte wreszcie: cierpliwość. Może się zdarzyć, że odwiedzi Cię maruda, zaraz po nim przyjdzie niezbyt ładnie pachnący pan pijaczyna,  a potem Pani, która uwielbia krytykować wszystko, co widzi. Niezależnie od tego, czy to jej się podoba, czy nie. A Ty nie możesz jej powiedzieć: odwal się Pani, ja tu pracuję. Owszem czasem trzeba (ale oczywiście nie w tej formie), ale z reguły wypada wysłuchać. Nie ważne, że ktoś jest fanatykiem, który najchętniej zabiłby wszystkich, którzy mają inną opinię niż on, czy jest pijaczyną, który opowiada bzdury, czy kobietą, która marudzi, że na jednej książce jest mucha, a na drugiej już poleciała i tak nie powinno być (może trochę wyolbrzymiłem;)). Faktem jest jednak, że nie wolno nam krzyknąć, obrazić się i pójść, czy zatkać nos. Umiejętność słuchania innych ludzi i cierpliwość, to dwie podstawowe cechy osoby, która pracuje z ludźmi. Wysłuchaj do końca, lub grzecznie przerwij, jeśli np. masz mnóstwo roboty, ale nigdy nie pozostaw klienta złego, czy obrażonego. Jeśli rzeczywiście chce porozmawiać, zaproś go w innym dniu, kiedy pracujesz. A jeśli marudzi, przekaż mu w jaki sposób może złożyć reklamację. Jeśli to pijaczyna, zasłoń się, że niestety nie możesz mu pomóc, że to nie wchodzi w zakres Twoich kompetencji, ale też grzecznie. Bo nawet jeśli on nie będzie tego pamiętał, obok są też inne osoby.

Po szóste: pozytywne podejście do życia. Jeśli w kliencie widzisz wroga, a nie Twojego pracodawcę (bo czy, gdyby nie on, miałbyś tą pracę?), to znaczy, że praca z ludźmi nie jest dla Ciebie. Jeśli nie cierpisz się uśmiechać, każdy najmniejszy problem Cię złości, to zmień zawód. W pracy z ludźmi optymizm jest niezwykle istotny. Umiejętność odnalezienia pozytywów, a co więcej umiejętność przekonania innych, że nie jest tak źle, to sprawa najwyższej wagi. To bezcenny talent, który w tej pracy jest niemal niezbędny.

Po siódme: wizerunek. Czasem trzeba być aktorem. Jeśli w domu pokłócisz się z żoną, porzuci Cię chłopak, albo zawalisz egzamin, musisz to pozostawić przed drzwiami do miejsca pracy. W pracy bądź zawsze uśmiechnięty, chętny do pracy i życia. To sprawi, że nie tylko klienci będą zadowoleni, ale i Tobie łatwiej będzie się pracować. Pracodawca zobaczy, że praca jest dla Ciebie przyjemnością, a jeśli przewodniczysz grupie, Twój uśmiech i pozytywne nastawienie będzie dla niej motywacją.

Przedstawiłem powyżej podstawowe cechy osoby pracującej z ludźmi. Bez nich ciężko być dobrym pracownikiem w tej dziedzinie. I nie dotyczy to tylko przywódców. Oni bowiem oprócz tych cech, powinni mieć w sobie jeszcze kilka umiejętności, jak np. umiejętność motywacji, dobrej organizacji czasu, porządkowania spraw, reagowania na nagłe wydarzenia (ta umiejętność nie tylko przywódcom się przydaje).

Może taki przykład: były to pierwsze współorganizowane przeze mnie (byłem koordynatorem), Złotowskie Dni Młodzieży z Janem Pawłem II. Zaprosiliśmy bydgoski zespół, który miał dla nas zaśpiewać. Tydzień wcześniej, sms-em na telefon stacjonarny, dostałem wiadomość następującej treści: “niestety, nie możemy przyjechać. Serdecznie przepraszamy”. Nie wiedziałem od kogo ta wiadomość, więc zbytnio się nią nie przejąłem. “Może to po prostu pomyłka?” -pomyślałem. Okazało się tydzień później, że to nie była pomyłka i pół godziny przed koncertem dowiedzieliśmy się, że mamy lukę. W związku z tym, szybko na to zareagowaliśmy, przeprosiliśmy osoby, które przybyły na tą imprezę i rozpoczęliśmy wcześniej przygotowania do Mszy Świętej, która miała się później odbyć, aby ludzie widzieli, że coś tu będzie. Proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby nagle zwyciężyła panika.  Wszyscy by chodzili w kółko i myśleli: “co teraz”. Dzięki umiejętności szybkiej reakcji na problem, uratowaliśmy imprezę.

Aby pracować z ludźmi, trzeba przede wszystkim to kochać. I ich kochać. Uwielbiam pracować z ludźmi, bo każdy z nich jest inną osobą. Każdy ma inny charakter, inne problemy, inne podejście do życia. To od ludzi uczymy się najwięcej. To oni są skarbnicą wiedzy o świecie. O jego funkcjonowaniu. A z kolei, im więcej tej wiedzy posiadamy, tym więcej możemy jej przekazać. Więc opłaca się to podwójnie.

Cechy turysty i pilota…

Specyfika zawodu pilota polega na tym, że spotyka za każdym razem około 50 nowych osób. Każda z nich jest zupełnie indywidualna. Owszem -do grup zorganizowanych można wypracować jakieś wspólne podejście, ale przy grupach wahadłowych i przy wycieczkach indywidualnych trzeba dostosować się do każdego z osobna.

Sytuacje, z którymi ma się do czynienia mogą doprowadzić czasem do konsternacji, niepewności, a czasem wręcz rozpaczy. Czasem też budzą śmiech, radość. Rozmaitość stwarza w tym zawodzie niezwykłą otoczkę, która sprawia, że pilotaż jest przyjemnością.

Zresztą poczytajmy, co na ten temat pisze Puls Biznesu:

Plemnik w basenie

Jacek Konikowski, PB.pl
31.10.2008

Nie wiadomo, śmiać się czy płakać. Wiele reklamacji klientów biur podróży to niewyczerpalne źródło humoru.

Lato minęło. Biura podróży podliczają zyski lub straty. I rozpatrują otrzymane od klientów skargi oraz reklamacje. Stanowią one nieodzowny element ich działalności. Co roku wpływa ich mnóstwo, zapewniając także nam, dziennikarzom, wiele roboty.

Tym razem nie będziemy okładać touroperatorów po brzuchu. Choć ten i tak zaboli, ale ze śmiechu. Przyjrzymy się najbardziej nietypowym, zaskakującym i najśmieszniejszym skargom, jakie wpłynęły od niezadowolonych klientów. Bo ze szczęśliwym klientem jest jak ze słońcem na Islandii. Bywa.

Babki z piasku

Niektóre skargi od lat krążą po branży niczym nieśmiertelne legendy. Niewątpliwym numerem jeden jest skarga klientki, która po powrocie z wycieczki do Turcji domagała się od pewnego biura z Warszawy rekompensaty za to, że jej córka “zaszła w ciążę z powodu żywych plemników pływających w basenie hotelowym”. Specjaliści są jednak zdania, że klientce bardziej mogło zaszkodzić przebywanie poza nim. Zwłaszcza w Turcji.

Salwy śmiechu, ale też niedowierzania, wzbudza skarga i żądanie odszkodowania pewnej klientki, która obwiniała biuro podróży za to, że przeziębiła się w trakcie lotu do Maroka, i przez to cały pobyt musiała chorować. Powód? Jej zdaniem w samolocie był przeciąg, gdyż “ktoś złośliwie otwierał okna”.

Przy takich kwiatkach wytarte guziki w pilocie od TV, brak kotleta schabowego w hotelowej restauracji w Syrii czy obecność wodorostów w morzu są jak ukłucie komara. Ale są. Wakacyjną labę w Tunezji kilku klientów portalu Wakacje.pl przyćmiła: “bardzo mała liczba gości hotelowych (obłożenie w granicy 20 proc.), przerywana kilkudniowymi pobytami mieszkańców krajów arabskich”.

Gdy jednym doskwierała samotność, innym brakowało czego innego. Kilku panów skarżyło się pracownikowi portalu, że: “problemem, jak to w całej Tunezji, jest dla Polaka brak porządnego piwa i mocnych trunków. Należy zabierać z bezcłówki zapas!”. No, a gdzie w tym czasie był kelner z żywcem?

Zresztą wydaje się, że panowie i tak łatwiej i z większą godnością niż panie znoszą urlopowe trudy.

Jedna z klientek krakowskiego biura podróży skarżyła się, że piasek na plaży Kleopatry w Turcji “kompletnie nie nadawał się do robienia babek”. Co tam piasek! Dwie klientki portalu Wakacje.pl reklamowały urlop w Turcji tymi słowami: “nie dostałyśmy drugiego dania, bo nie zjadłyśmy ze swoich talerzy wszystkich nałożonych wcześniej potraw”.

Dwóm innym turystkom doskwierała obecność os przy hotelowym basenie dla dzieci. Żadna jednak nie miała dzieci. Co też delikatnie podkreśliło biuro w odpowiedzi na powyższą reklamację: “Przepraszamy, jeśli obecność os była dla Pań niedogodna mimo braku własnego potomstwa; prosimy jednak o wyrozumiałość w tej kwestii, gdyż była to okoliczność niezależna od naszego biura”.

Tym, czym osy były dla obu pań, tym brak czepka kąpielowego dla pewnego pana.

— Klient po powrocie z wycieczki do Turcji złożył skargę na brak czepków kąpielowych w wyposażeniu łazienki. Problem w tym, że pan był kompletnie łysy — wspomina Paulina Pińkowska z   Rainbow Tours.

Biuro sprawę załatwiło jak się patrzy, i klientowi odpowiedziało w te słowa: “Prosimy przyjąć nasze przeprosiny, jeśli brak czepków kąpielowych na wyposażeniu łazienki był dla Pana przykrym zaskoczeniem; niestety, nie możemy przyznać Panu z tego tytułu żadnej rekompensaty, gdyż w katalogowym opisie wyposażenia pokoju (i łazienki) w owym hotelu nie gwarantujemy, że będą w nich czepki kąpielowe. Zwrócimy się jednak do kierownictwa tego hotelu z prośbą o rozważenie możliwości wprowadzenia czepków kąpielowych do wyposażenia hotelowych pokoi”.

Fioletowa krowa

Koloryt mają również wycieczki objazdowe. Po jednej z nich, do Grecji, dwie turystki złożyły skargę na kierowcę autokaru.

— Kierowca miał się podobno zwrócić do dwóch turystek w dojrzałym wieku słowami: “hej, laski, gdzie lecicie?” (na parkingu, w czasie postoju na toaletę) oraz “ale raczek się z ciebie zrobił” (komentarz na temat opalenizny jednej z pań) — wspomina Pińkowska, która upomniała kierowcę i firmę przewozową.

Cóż, dla niektórych pań w sile wieku określenie “laska” może być komplementem. Zdarzają się jednak gorsze wspomnienia, i to z wycieczki do Szwajcarii. Ktoś zapyta, cóż za przygoda może spotkać turystę w tym uporządkowanym i do znudzenia grzecznym kraju? Otóż niektórzy uczestnicy jednej z wycieczek objazdowych wybrali się z nastawieniem, jakże błędnym, że ujrzą symbol tego kraju — fioletową krowę Milka. A że nie ujrzeli, to po powrocie napisali do biura skargę.

— Pamiętam, jak dzisiaj, skargę dotyczącą braku fioletowej krowy. Biuro odpowiedziało, że główny zakład produkcyjny koncernu, którego maskotką jest fioletowa krowa, znajduje sie na terenie Niemiec; zapraszamy więc na wycieczkę z naszej oferty do Bawarii, być może podczas tego wyjazdu będzie okazja zaobserwować tak nietypowo ubarwione zwierzę — mówi Pińkowska.

A propos zwierząt. I owadów.

— Pewna pani po przylocie do Egiptu, jak napisała w piśmie, postanowiła w cudowny wieczór wywietrzyć swój pokój, mimo że przestrzegamy naszych turystów, żeby tego nie robili z uwagi na komary. Zmęczona po podróży pani zasnęła z otwartym przez całą noc oknem. Niestety, owa noc okazała się w skutkach bardzo nieprzyjemna, bo pogryzły ją “olbrzymie komaromoskity”, których ukąszenia widniały na załączonej do reklamacji fotografii. Pani postanowiła napisać do biura reklamację z żądaniem zwrotu 50 proc. ceny imprezy — wspomina Paweł Bonk z departamentu prawnego biura podróży Alfa Star.

Fotka z wakacji

— Rzeczywiście, reklamacje, oprócz uzasadnionych, stanowią prawdziwy tygiel pomysłowości i wyobraźni, jaką wykazują się osoby je składające — twierdzi Paweł Koterbicki kierownik działu obsługi klienta w Nowej Itace.

Pomysłowości, która często przejawia się również w sposobie dokumentowania przeróżnych nieprawidłowości. Nie jest sekretem, że w dobie aparatów cyfrowych i laptopów reklamacje często wzbogacone są materiałem fotograficznym czy filmowym.

Nagminne staje się przysyłanie zdjęć przedstawiających zawartość muszli klozetowej, sugerując tym samym, że to, co osoba rozpatrująca reklamację widzi na zdjęciu, to skutek spożycia posiłku w hotelu, ze wskazaniem, rzecz jasna, że był niesmaczny, nieświeży itp.

Z takimi zdjęciami przychodzą niejednokrotnie fotografie autorów przedstawiające ich w różnych sytuacjach, np. na “brudnej” plaży lub na tle hotelowego ogrodu

— Dzięki takim zdjęciom ich autor pozwala nam przypisać “obraz” utrwalony w WC do konkretnej osoby na zdjęciu — twierdzi Koterbicki.

Jedna z reklamacji dotycząca hotelu w Bułgarii była tak bogato okraszona fekalnymi fotografiami, że autor reklamacji w odpowiedzi od biura przeczytał: “…zdjęcia, jakie Państwo przesłaliście, skłoniły nas do głębokiej refleksji nad motywem i pobudkami, jakimi mogliście się Państwo kierować, udostępniając nam fotografie swoich ekskrementów”.

Zdarza się, że niektórym klientom trudno się pogodzić z zasadami i regułami panującym w hotelach, np. z formułą all-inclusive, której towarzyszy założenie klientowi opaski świadczącej o tym, że jest gościem danego hotelu i może korzystać ze wszystkiego.

— Pewien klient przebywający na Rodos, z którego reklamacji wynikało, że dużo jeździ po świecie, jest człowiekiem wykształconym i otwartym na świat (tłumacz przysięgły języka czeskiego), po tym, jak próbowano założyć mu opaskę na przegub ręki, stwierdził, że “nie da się ometkować jak krowa po to, żeby jeść w restauracji jak na pastwisku, a manager hotelu nie jest gestapo, co go jak tych żydów oznakuje i do gazu zapędzi” — wspomina Koterbicki.

Nie tylko jego biuro miało problemy związane z all-inclusive. Z rozrzewnieniem wspominają jedną ze swoich klientek pracownicy portalu Wakacje.pl.

Turystka wykupiła hotel z formułą all-inclusive w Tunezji. Któregoś dnia poszła na zakupy do miejscowego sklepu. Wzięła towar z półki, skierowała się do wyjścia, pokazując przy drzwiach opaskę na przegubie dłoni. Zdziwiony sprzedawca zażądał zapłaty, na co wzburzona klientka tłumaczyła, że wykupiła w biurze podróży “all-inclusive na Tunezję”, więc niby dlaczego miałaby płacić.

Nic jednak nie przebije pewnego mykologa, który po powrocie z Chin napisał reklamację kwestionującą wilgotność powietrza, jaka panowała w jednym z pokoi hotelowych.

— Na potwierdzenie swych słów zaczerpnął wilgotnego powietrza do słoiczka, a jego zawartość oddał po powrocie do ekspertyzy do odpowiedniej instytucji — wspomina Koterbicki.

Co się okazało? Wynik ekspertyzy potwierdził, że zawartość powietrza ze słoiczka nie spełnia norm. Tyle że polskich. Klient najwyraźniej zapomniał o tym, że był w Chinach. I, niestety, również ta reklamacja została odrzucona.

Na koniec jedna z ostatnich reklamacji, jaką nadesłał pewien rozgoryczony klient wycieczki do Kenii (Wakacje.pl). Sądzicie może, że dotyczyła agresywnych słoni, lwów, malarii, AIDS czy braku klimatyzacji? Nie, poszło o projektantkę mody i spodnie.

“Na przyszłość proszę uważać na panią projektantkę mody, która organizuje w hotelu pokazy. Przerobiła mnie na sto dolarów za spodnie. Nie mam spodni ani pieniążków. Miała mi spodnie przysłać” — pisze klient bez spodni.

Skończył się sezon łapania słońca. Zaczyna — śnieżnego szaleństwa. Z zapartym tchem czekamy na pierwsze reklamacje ze stoków. Pracownicy biur podróży również.

Po publikacji tego materiału na portalu onet.pl, rozgorzała dyskusja: “A to Polacy tacy, a to tacy. Ale Niemcy wcale nie lepsi” itd., itd…

Jeżdżąc trochę w tym roku z wycieczkami, rzeczywiście odniosłem wrażenie, że marudność to po prostu powszechna cecha turysty.

Bo przecież jak odjazd autokaru może opóźnić się 5 minut? Albo dlaczego zatrzymujemy się na stacjach ze złymi toaletami (ba! w Rumunii niekoniecznie uświadczysz lepsze).
A dlaczego toaleta w autokarze zamknięta? Jak to pełna? Woda nie schodzi? Niemożliwe? A po wyjeździe okazuje się, że zaciekawiona pani po prostu zatkała toaletę swoimi eksponatami do higieny ewidentnie kobiecej.

Marudność. Nie można ominąć tego tematu snując rozważania o turystyce, pilotażu i jakiejkolwiek obsłudze ludzi. Ale czy to takie dziwne?

Wyjazd na wakacje jest często jedynym dużym wydatkiem w ciągu roku. Wydatkiem, na który cały rok się pracowało, który przez cały rok się planowało. I w końcu wychodzi. Jedziemy. Przecież tak dużo zapłaciliśmy, na pewno będzie fajnie.

A tu nagle coś się popsuło. No jak mogło się popsuć? Na naszej wycieczce? Klient płaci, klient wymaga. A jednak się popsuło. Ot, taki przykład.

Planowy wyjazd, godzina 3 rano. Po długich eksperymentach, w autokarze wreszcie komplet. I odpalamy. Nie? Jednak nie odpalamy? Co się popsuło? Komputer pokładowy? I co teraz?

6 godzin opóźnienia, przyjeżdża nowy autokar. Co lepsze, zbulwersowani tak długim czekaniem klienci, postanawiają zaprosić policję. A więc jeszcze dłużej poczekamy.  Wyjazd 10. A jeszcze czekają na trasie… No to sobie poczekają…. A ile marudzenia, złości? I owszem, nie dziwię się. W końcu to te jedyne wymarzone wakacje.

Tak to jest w pilotażu. Czasem po prostu trzeba schować swoje emocje, ambicje, spróbować zrozumieć. A czasem nawet jak się nie rozumie, to chociaż udawać, że się zrozumiało. Zaakceptować. Czasem po prostu zignorować. A czasem nie zgodzić się z kimś, być stanowczym i asertywnym.

Pilotaż jest sztuką częstych kompromisów i szybkich decyzji. Jeśli nie potrafi się tego połączyć, nie można być dobrym pilotem. Bo pilot musi umieć reagować i zadowolić obie strony. Swojego klienta, z którym np. spędzi najbliższy tydzień, ale także swojego pracodawcę -biuro podróży, które nierzadko płata figle. Ale, że zawaliło, klient nigdy nie może dowiedzieć się od nas.

Pierwszy rok pilota…

Uprawnienia pilota wycieczek zdobyłem w grudniu ubiegłego roku. Tak… Niedługo pierwsza rocznica. Wiele osób, które przeżywa obecnie pilocki kurs, czy dopiero o nim myśli, zastanawia się: fajnie jest jeździć, ale jak zacząć?

Moim pierwszym krokiem w kierunku pilotażu były CV. Ile ich wysłałem? O matko! Chyba nie ma w Poznaniu biura podróży (i nie tylko w Poznaniu), które nie widziało mojej twarzy. Ale cóż można dostać będąc pilotem bez doświadczenia?

Fakt. Będąc w liceum organizowałem różne wyjazdy. I klasowe i przykościelne. To pielgrzymka, to wyjazd do kina. Organizacja i w sumie pseudopilotaż. Ale działało się. Do tego animacja grupy na Oazie, a więc spotkania z ludźmi. Konferansjerki to tu, to tam -nauka gadania, gadania i gadania.

Owszem. Na pewno miało to wszystko niezwykle duży wpływ na to, że się udało. Że w ogóle chciałem coś z tym robić. I do tego jeszcze w liceum klasa geograficzna z moją nauczycielką -pasjonatką. Wycieczki klasowe itd. itd…

Aż wreszcie prezent od rodziców na 18. Tak. Nie wiem czy sam bym się wybrał. Ale udało się i kurs przebyłem. Grudzień -zdałem egzamin. I od stycznia zacząłem wysyłać CV. Dostałem zresztą nawet odpowiedź (dwie zresztą), ale nie tak zacząłem pilotaż.

Bo tak naprawdę pierwszy wyjazd udał się przypadkiem. 30 kwietnia 2008, godzina 7:20 dzwoni telefon. Pani Kasia. Pilotka. Coś wypadło, nie może jechać. Udało się! Mój pierwszy wyjazd to Mierzeja Helska i Trójmiasto. 14 -osobowa, fantastyczna grupa urzędników. Przemiła grupa, przemiła wycieczka. I pierwsze koty za płoty. Potem było z górki. Przez maj i czerwiec wycieczki z biurem turysytki szkolnej z Poznania. Kilka ich było;) Do tego jeszcze inne biura. Wakacje -wahadła, a na zakończenie nawet przygoda z rezydenturą. I następne wycieczki… Zadowoleni klienci, zadowoleni pracodawcy -szansa na następne przygody. Niezapomniany rok. Niezatarte wspomnienia. Początek przygody z turystyką. Turystyką, która stała się moją pasją i moim życiem. Turystyką, którą nie tylko przeżywam, ale i umożliwiam przeżywać innym. I to jest w niej najbardziej fascynujące.